Tablica pamiątkowa Pála Fecsó

Tablica pamiątkowa Pála Fecsó

Statua, pomnik, tablica pamiątkowa

Curriculum Vitae ; ; Urodziłem się 2 stycznia 1933 roku w Koszycach, ale uważam się za urodzonego w Tornio, ponieważ spędziłem tu większość życia od kilku dni życia. Moi rodzice byli nauczycielami. Mój ojciec był dyrektorem ówczesnej Państwowej Szkoły Podstawowej, moja matka była nauczycielką. Moje dzieciństwo można nazwać bezchmurnym. Otrzymałem wiele miłości, ale nie byłem rozpieszczany, latem biegałem boso, tak jak inne dzieci, i tak jak one byłem stale pokryty siniakami i siniakami. Nie zauważałem niczego w zmianach w życiu, w zawirowaniach świata. W 1938 roku przyjechaliśmy również na Węgry, życie bardzo się zmieniło, ale moje było tak samo radosne i beztroskie jak wcześniej. Mogę też powiedzieć, że chodziłem do szkoły od drugiego roku życia i już wtedy zakochałem się w społeczności, która charakteryzuje mnie do dziś. Dyscyplinę, jeśli już tam byłem, trzeba było utrzymać, bo w klasie było wtedy 50-60 dzieci. Dzięki temu – choć w domu celowo tego nie zachęcano – potrafiłem pisać i czytać już w wieku czterech lat. Naprawdę kochałem i znałem starszych mieszkańców wsi, od których słyszałem wiele bajek. Mój ojciec również opowiadał mi wiele historii, ale nie o wróżkach i czarownicach, lecz zadziwiał mnie ciekawostkami z historii. Tak więc w bardzo młodym wieku poznałem Zrínyi, Botondo, Lehel, Kuruckor, znałem bohaterów wojny o niepodległość, więc historia stała się moją krwią i do dziś karmi moją węgierskość. Po ukończeniu piątej klasy poszedłem do Koszyc do pierwszej klasy Gimnazjum Premontrei. Ledwo zaczęliśmy drugi rok, gdy niechlubna próba skoku Horthyego zakończyła rok szkolny, a moje beztroskie dzieciństwo ostatecznie dobiegło końca. Był rok 1944. Po południu 12 grudnia kilku rosyjskich żołnierzy wkroczyło do wioski bez jednego strzału, a rumuńska armia, która nie była zbyt dobrze zorganizowana, wkroczyła za nimi. Zajęli domy, podwórka, ulice, rozbili namioty i poczuli się jak u siebie. Ledwo rozpalono ogniska, by podgrzać konserwy, gdy dachówki spadły z dachów, a z pustych żydowskich domów, budynków publicznych i strychów rozległy się niemieckie strzały. Atakujący strzelali bez ładu i składu, zadając sobie nawzajem więcej obrażeń niż wrogowi. Nasza kuchnia była pełna zawodzących rannych. To był pierwszy raz w życiu, kiedy zetknąłem się ze śmiercią i poznałem, czym jest wojna. Walki trwały dniami, Niemcy byli dobrze okopani, a Rumuni w bezbronnej pozycji. Przed Bożym Narodzeniem pojawiły się niemieckie czołgi, siejąc straszliwe spustoszenie, zmuszając Rumunów i nielicznych Rosjan do odwrotu. Nasza piwnica była zalana, więc schroniliśmy się w piwnicy parafialnej. Było nas około stu pięćdziesięciu. Przytuliliśmy się do marchewek i ziemniaków. Był z nami nasz proboszcz, który ukrył się w osobnej małej budce ze swoimi braćmi i szwagrem. Odprawialiśmy tu również pasterkę. Nie pamiętam bardziej kameralnej, kameralnej pasterki. Nad nami rozbrzmiewały „organy Stalina”. To prawda, byliśmy wtedy bardzo blisko Boga. W Sylwestra Niemcy ewakuowali wieś: chodźmy w bezpieczniejsze miejsce. Biegłem przez podwórze, gdy trafił granat fosforowy. Zostałem poważnie ranny od pasa w dół. Miałem dwadzieścia osiem ran, cztery złamania i trzy pęknięcia w samych nogach. Przewieźli mnie przez linię frontu do Jászó niemieckim czołgiem, gdzie znajdował się najbliższy węgierski szpital wojskowy. Byłem przewożony ze szpitala do szpitala, gdzie codziennie operowano mnie, usuwając drzazgi i zszywając rany. Miesiącami byłem na granicy życia i śmierci. Najdłużej spędziłem czas w Trenczynie, gdzie chcieli mi amputować prawą nogę, ale moi rodzice, którzy byli ze mną przez cały czas, nie pozwolili mi. Potem pojechaliśmy nad Balaton przez Bratysławę i Wiedeń. Tam leczono nas w szpitalu cywilnym. Tu doświadczyliśmy drugiego wyzwolenia, ale nie było ono tak krwawe jak pierwsze. W lipcu mogłem już chodzić o kulach. W sierpniu wyruszyliśmy do domu. Nie będę opisywał trudów podróży. Dwa tygodnie później dotarliśmy do domu, teraz z powrotem w Czechosłowacji. Nasz dom był w ruinie, meble rozkradziono, ale życie powoli się zaczęło. Mój ojciec nie resłowakował, więc zostaliśmy wpisani na listę deportowanych. Żyliśmy w ciągłej niepewności. Wiele rodzin deportowano do Czech. Nie przyjęto mnie do liceum z powodu mojego węgierskiego obywatelstwa, więc poszedłem do słowackiej szkoły podstawowej. Moi rodzice zorganizowali mi ucieczkę i latem 1946 roku, z pomocą przemytników, uciekłem na Węgry, do babci i dwóch ciotek w Budapeszcie. Tam najpierw chodziłem do szkoły podstawowej, a potem do liceum – Liceum Kossutha Lajosa w Pestszenterzsébet. Dopóki nie powstała poczta, miałem niewielki kontakt z rodzicami. Udało nam się przemycić dwa lub trzy listy rocznie. Po raz pierwszy wróciłem do domu na Boże Narodzenie 1949 roku. Dzwony właśnie dzwoniły na pasterkę, kiedy przybyłem. W 1950 roku w Komáromie otwarto pierwszą węgierską szkołę średnią, gdzie mogłem kontynuować naukę, a w 1953 roku ukończyłem ją. Wiele zawdzięczam tej szkole, jej nauczycielom i uczniom. Po ukończeniu studiów zostałem przyjęty do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bratysławie na samodzielny kierunek węgierski. Już wtedy pracowałem jako urzędnik. W 1953 roku ukazał się mój pierwszy wiersz w Új Szó. W międzyczasie byłem zewnętrznym współpracownikiem Új Ifjúság. Moje wiersze ukazywały się kolejno w Új Szó, Új Ifjúság, Szabad Földműves, Fáklya, następnie w Hét, Irodalmi Szemle i w węgierskiej audycji Szlovák Rádió. Na Węgrzech moje wiersze publikowały wydawnictwa Kossuth Rádió i gazeta literacka Miskolci Napjaink. Jesienią 1954 roku przerwałem naukę ze względów rodzinnych i wróciłem do domu. Egzamin z pedagogiki zdałem z wyróżnieniem. Najpierw byłem nauczycielem zastępczym w różnych szkołach w powiecie, następnie zostałem wysłany do Tornagörgő, do ówczesnej Ośmioletniej Szkoły Podstawowej, gdzie uczyłem języka węgierskiego i historii. W 1958 roku ożeniłem się i wróciłem do Torny, gdzie uczyła również moja żona. W tym samym roku ukazała się Antologia młodych poetów słowacko-węgierskich, która wywołała wielkie kontrowersje literackie i była nazywana jedynie „Antologią ośmiu”. Moje wiersze z 1956 roku nie zostały opublikowane w antologii ze zrozumiałych powodów, ale nie zostały zapomniane ani wybaczone. Moje wiersze nadal ukazywały się w gazetach, ale wydawnictwo odrzucało je jeden po drugim. Musiałem długo czekać. W końcu, po 1968 roku, gdy sposób myślenia stał się bardziej otwarty, tom został przyjęty i w 1969 roku ukazał się pod tytułem „Nyugtalanság” – nie mógł się ukazać w 1970 roku. Przyjęto również moje wiersze z 56 i 68 roku. Nie wszystkie, ale to wystarczyło, żebym na zawsze wypadł z łask. Potem gazety również przyjrzały się bliżej temu, co publikowały. W końcu się tym zmęczyłem. Pisałem, choć mniej, i wysyłałem mniej do gazet, aż w końcu poddałem się. W 1978 roku „Új Szó” szukał redaktora, złożyłem podanie i mnie zatrudnili. Rzuciłem szkołę i zostałem redaktorem na wschodnią Słowację. Uwielbiałem dziennikarstwo, chociaż trzeba było dużo myśleć o tym, co się pisze. Ale to też się skończyło. Latem 1989 roku obcięli mi pensję, nie mogłem podróżować, więc musiałem odejść z „Új Szó” 1 października 1989 roku, tuż przed „aksamitem”. Od tego czasu jestem na emeryturze. Jednak kontynuowałem pisanie, chociaż nie śmiałem mieć nadziei, że kiedykolwiek zostanie opublikowane. Za namową przyjaciela, z pomocą dr. Árpáda Szénássyego, dyrektora wydawnictwa KT w Komárom, skompilowałem na własny koszt niewielki tomik, który wydałem w 1998 roku pod tytułem „Countdown – Margarét” (w „Margarét” zamieściłem wiersze dla dzieci). Nie mam nadziei na wydanie kolejnych książek, ale nie mogę i nie chcę przestać pisać.

Napis/symbol:

„...Byłem łzą / w wielu, wielu burzach...” / W tym domu mieszkałem i tworzyłem / PÁL FECSÓ / poeta, nauczyciel, dziennikarz / (1933. 1. 2. - 2004. 1. 3.) / Utworzony przez Fundację Csemadok Tornai / 2013

Numer inwentarzowy:

623

Kolekcja:

Skarbiec

Klasyfikacja wartości:

Wartość osadnicza za granicą

Miejscowość:

Turnianske Podhradie   (-)