Grób pastora reformowanego Ferenca Lengyela (Balogvölgy)
Cmentarze, nagrobki, miejsca pochówku
Ferenc Lengyel (1836-1892) pochodził z szanowanej rodziny Lengyel z Rimaszombat. W 1877 roku przeniósł się z Sajókeszi do Uzapanyi. Jego żona, Julianna György, zmarła w styczniu 1892 roku, a on w maju. Zostawili tu dwie osieroconych dziewczynek. Gyula Szűk zajął jego miejsce jako pastor. ; ; Jego grób się zawalił. Napis na płycie nagrobnej jest nieczytelny. Jego pokrewieństwo rodzinne z notariuszem Ábrahámem Lengyelem (1839-1907) wymaga zbadania. ; ; Wiadomość o jego śmierci podał pastor reformowany z Nemesradnót, Lajos Pósa, w „Sárospatak Reformed Papers”: ; ; Pierwszego maja, o wpół do dziesiątej rano, gdy dzwony dzwoniły wzywając do modlitwy, dusza tęskniąca za niebem zostawiła tam swój rozbity, zakurzony namiot, — jakby poleciała do swojego niebiańskiego domu na skrzydłach znajomych dźwięków. Gdy odnowiona natura po raz pierwszy włożyła swoją piękną majową szatę: wtedy powitał ją ponury mróz śmierci, — jakby drzewo jej życia złamało się na pół pod ciężarem ostrego kontrastu, jaki powstał między jej bolesną walką a obrazem śmiejącej się natury w ten wiosenny poranek. Taki człowiek odpadł z naszych szeregów w naszym koledze pastorze z Uzapanyit, Ferenczu Lengyelu, który miał bardzo mało ziemskiej radości i szczęścia, a wiele cierpienia i zmagań — zwłaszcza pod koniec życia — było jego udziałem. Żył 56 lat, ale tylko w ostatnim roku cierpiał więcej niż dziesięciu innych w długim życiu. Jego słaba, chorowita konstytucja była, że tak powiem, ciągłym gniazdem dręczących bólów, dlatego rzadko widywało się promyk dobrego humoru na jego czole, rzadko słychać było żart wylatujący z jego ust, a rzadko nawet gorzką skargę lub niezadowolone narzekanie wybuchające z jego udręczonej piersi. Znosił to w pokoju, cierpiał z łagodnym poddaniem się. ; Kłujące ciernie zadane jego ciału odcięły mu również źródło radości życia towarzyskiego, a on, skromnie wycofując się do swego małego mieszkania, wykonywał powierzoną mu pracę cicho, bezszelestnie, ale z oddanym zapałem i lojalnością. Jako pastor — pomimo swych fizycznych słabości — starał się wypełnić wzniosły obowiązek, jaki przywództwo i opieka nad zborem — pod wieloma względami w stanie zamętu — nałożyły na jego barki. Jako człowiek był dobroduszny, łagodny i nieporównywalnie skromny. Ci, którzy od czasu do czasu bywali w jego domu, mogli doświadczyć, że serce, które nie było przyzwyczajone i nie mogło się chwalić swoją miłością: mogło czuć ciepło, dusza, która nie pragnęła wzbić się wysoko: mogła płonąć dla dobra i szlachetności. Jako mąż i ojciec rodziny, był czuły, kochając swoją rodzinę aż do uwielbienia. Jego życie rodzinne było małym światem, w którym jego dusza rozjaśniała się, pomimo bólu szalejącego w ciele, niczym promień słońca uwolniony z chmur, ale błękitne niebo tego małego świata również pociemniało ćwierć i półtora miesiąca temu, by nigdy się nie rozjaśnić. ; ; Już słaby człowiek został dotknięty lekkim przeziębieniem rok wcześniej, co całkowicie uniemożliwiło mu wypełnianie obowiązków pasterskich i mógł opuszczać łoże boleści tylko od czasu do czasu. Miał troskliwą, wierną niańkę: swoją dobrą żonę. Jednakże boska mądrość uznała za stosowne zganić jego łagodnego sługę jeszcze surowiej! Tę ofiarną kobietę, tę wierną żonę, odprowadzono na cmentarz 15 stycznia tego roku. Ropień płuc wywołany grypą odebrał jej życie! ; Strata tej dobrej kobiety ostatecznie złamała go na ciele i duszy. Odtąd jego życie było jedynie agonią. Ciemna chmura spowiła jego duszę, uniemożliwiając mu wyraźne widzenie wydarzeń, do tego stopnia, że nawet śmierć żony często wydawała mu się niewiarygodna. Tak więc chora dusza walczyła, walczyła, szukając ukojenia, szukając promyka światła w ciemności, aż rankiem pierwszego maja rozświetliło się okno jego domu – dobroczyńco, zbawicielu, nadeszła śmierć! ; ; Jego pogrzeb odbył się po południu 3-go tego miesiąca. Wokół jego trumny stali pozostali krewni, oprócz jego bliskich, liczni duchowni i nauczyciele, urzędnicy, wielka armia dobrych przyjaciół, mali i wielcy z kościoła Uzapanyit-Tamási. Nad trumną pastor Dénes Kupaí z Vály wygłosił mowę pogrzebową i modlitwę, przemawiając i modląc się tak pięknie, tak szczerze z serca i głosem, że nawet Kupaíego można usłyszeć bardzo rzadko, wyrecytował jedno ze swoich najwspanialszych dzieł tego rodzaju! A przy grobie autor tych słów pożegnał swego długo cierpiącego kolegę. Urodził się w błogosławionym roku 1836, w siedzibie naszego powiatu, Rimaszombat, w szanowanej lokalnej rodzinie Lengyel, która wydała na świat wielu zasłużonych ludzi dla naszego życia publicznego. Po ukończeniu szkoły częściowo w rodzinnym mieście, a częściowo w college'u w Sárospataku, w latach kapelana był zatrudniony jako nauczyciel domowy przez kilka rodzin szlacheckich. W 1870 roku Sajó-Keszi oddzielił go od duchowieństwa, a następnie w 1877 roku zabiegał o zaufanie kościoła Uzapanyit-Tamási i zdobył je, gdzie pracował aż do śmierci. Założył rodzinę w S.-Keszi, jego żona, György Juliánna, również pochodziła z rodziny Rimaszombatów. Z ich małżeństwa narodziło się troje dzieci, chłopiec i dwie dziewczynki, z których – chłopiec zmarł przedwcześnie – dwie dziewczynki żyją, jedna jest piękną panną, już w wieku dojrzewania, druga jest jeszcze dzieckiem w wieku 8-9 lat. Niech dobry Bóg ma w opiece jego małe sieroty! Tam spoczywa teraz po długich ziemskich zmaganiach na kolanach łagodnego, dobrego pasterza. Niech jego spokój będzie niezakłócony, a jego sen słodki! Lajos Pósa.