Drzewo milenijne na placu Batthyány
Inne - inne
„Ten pięknie proporcjonalny plac Starego Miasta, pośrodku którego zasadzone w 1896 roku drzewo milenijne, obiecujące proporcjonalną nadzieję na polityczne sukcesy drugiego tysiąclecia, rozkwita…” – czytamy z pióra Tivadara Oltvaya. ; Pod koniec XVIII wieku pierwotnie nieatrakcyjny plac zaczął przekształcać się w jeden z najpiękniejszych placów Bratysławy. Na jego południowej stronie książę-prymas József Batthyány kazał wybudować swój luksusowy pałac (1781, Heffele Menyhért), który wzbudzał podziw nawet w odległych regionach. Naprzeciwko Pałacu Prymasowskiego znajdował się pałac zarządcy majątku księcia-prymasa, Istvána Ormosdyego, który powstał w wyniku przebudowy starszego klasztoru jezuitów (1782, Georg Zillak). ; Przebudowę placu ukończono na początku XX wieku, kiedy to zamkniętą ścianę Starego Ratusza zastąpiono neogotyckim skrzydłem (Jenő Hubner, 1912), a po stronie wschodniej przedłużono ulicę Kalapos, przebijając się przez domy do dzisiejszego placu SzNF: „Z Rynku zobaczymy również część fasady Pałacu Prímása. Tak więc, powoli, ale nieubłaganie, nasze stare i słynne miasto staje się piękniejsze” – pisała ówczesna prasa. W tamtym czasie plac Prímás był przede wszystkim jedną z dum miasta, również dzięki lipie posadzonej w 1896 roku z okazji obchodów tysiąclecia. Rozległa zieleń nie tylko pełniła ważną rolę estetyczną, ale latem stanowiła pożądaną oazę na pustyni rozgrzanego bruku. Po 1945 roku nad idyllą Prímása zaczęły gromadzić się chmury. Pałac Ormosdy zawalił się „nieumyślnie” podczas przebudowy na potrzeby magistratu, a na jego miejscu wzniesiono nowy budynek (Emil Belluš, 1948). Lipa zachwycała mieszkańców Bratysławy przez kolejne trzy dekady. Potem 80-letnia dama została bezsensownie ścięta, a prawdziwe powody tego do dziś pozostają tajemnicą. ; Jak to zwykle bywa, wśród mieszkańców Bratysławy zaczęła krążyć opowieść, legenda. Brzmiała ona mniej więcej tak: burmistrz Bratysławy i Pragi spacerował po niedawno odnowionym placu Prymasowskim. Temu ostatniemu najwyraźniej nie spodobała się nowa nawierzchnia placu. Pokręcił głową, po czym, nie zatrzymując się, zapytał: „Który szaleniec to zrobił?”. Jego gospodarz tylko przełknął ślinę i milczał, bo sam szaleniec był. ; To go bardzo zdenerwowało i gdy jego zastępca również poczuł śliską nawierzchnię, postanowił energicznie interweniować. Kazał zamknąć plac i zszorstkować nawierzchnię. W oczach towarzysza niezabezpieczona lipa pozostała solą w oku, którą z jakiegoś powodu uważał za wroga klasowego remontu. Po tym, jak po kilku próbach nie udało mu się znaleźć rozsądnego powodu do wycięcia drzewa, wydał w latach 70. słynne zarządzenie: „Mój drogi inżynierze, ta lipa idzie do diabła!”, burmistrz Bratysławy do szefa firmy ogrodniczej ZARES. Bratysława straciła w ten sposób jedną ze swoich zielonych dominant. Na szczęście nie jest to stan permanentny. Od 1997 roku lipa ponownie stała się integralną częścią placu.